O mnie
Nazywam się Zbigniew Fenrych, mam czterdzieści siedem lat i mieszkam w Krakowie. Z zawodu jestem grafikiem — konkretnie składam książki. Naukowe, albumowe, katalogi wystaw. Robię to od dwudziestu lat i nauczyło mnie to jednej rzeczy, która wraca potem w tym, jak słucham płyt: że o jakości decydują detale, których nikt świadomie nie zauważa, a które czuć, kiedy są zrobione dobrze. Szerokość marginesu. Światło między wierszami. To, czy akapit oddycha.
Płyty mam od liceka, czyli od schyłku lat osiemdziesiątych, kiedy nie było specjalnie wyboru: kaseta albo winyl. Potem, jak wszyscy w moim wieku, dałem się namówić na płytę kompaktową i przez dobre dziesięć lat gramofon stał u mnie odłączony, przykryty serwetką, w roli mebla. Wróciłem do niego w 2009 roku i to jest ten sam gramofon, który mam do dziś — po drodze kilka razy przerobiony, bo taki sprzęt to się naprawia, a nie wymienia.
Dziś płyt jest około dziewięciuset. Nie liczę dokładnie, bo liczenie własnych płyt to już jest inne hobby i wolę w tym czasie którejś posłuchać.
Nie jestem audiofilem
To rozróżnienie jest dla mnie ważne, więc powiem je wprost. Nie jestem audiofilem-sprzętowcem. Jestem słuchaczem. Sprzęt interesuje mnie o tyle, o ile stoi między mną a muzyką — i im mniej go słychać, im bardziej znika, tym dla mnie lepiej.
Świat audiofilski potrafi mnie doprowadzić do białej gorączki. Nie ludzie — ludzie bywają sympatyczni i wielu z nich naprawdę słucha. Chodzi mi o język. O ten słownik, w którym kabel ma „muzykalność", zasilacz „czarne tło", a podkładka pod nóżkę „poprawia scenę". Kabel za dwa tysiące nie poprawi ci dźwięku. Poprawi ci samopoczucie — a to nie to samo, choć rozumiem, bo sam mam w domu rzeczy, które kupiłem dla samopoczucia, i nie udaję, że jest inaczej.
Różnica jest taka, że kiedy piszę tu o antyskatingu albo o nacisku igły, piszę o rzeczach, które słychać i które da się sprawdzić uchem w kwadrans. Nie o rzeczach, w które trzeba uwierzyć.
Robiłem błędy, o których teraz piszę
Przez osiem lat myłem płyty płynem do naczyń rozcieńczonym w wodzie z kranu i wycierałem ręcznikiem papierowym. Byłem z siebie dumny, bo przecież dbałem. Mam do dziś kilka płyt z tamtego okresu, które już zawsze będą cicho szumiały na całej powierzchni, i wiem dokładnie, dlaczego.
Grałem też przez dwa lata na igle, która nadawała się do wyrzucenia. Nie zauważyłem, kiedy przestała grać, bo słyszałem coraz mniej i za każdym razem po trochu. Zauważyłem dopiero, kiedy założyłem nową i przez pierwsze pół minuty byłem pewien, że sprzedawca podmienił mi płytę.
Piszę o tym nie z pokory, tylko dlatego, że to jest użyteczne. Kiedy tłumaczę, dlaczego nie myć płyt płynem do naczyń, nie mówię tego z góry, jako ekspert. Mówię jako ktoś, kto zrobił dokładnie ten błąd, który być może robisz teraz, i kto zapłacił za to kilkoma płytami, których nigdzie już nie kupi.
Czego tu nie znajdziesz
Nie ma tu rankingów sprzętu. Nie ma odpowiedzi na pytanie „jaki gramofon kupić za tysiąc złotych". Nie dlatego, że to trudne pytanie, tylko dlatego, że odpowiada na nie już trzysta sklepów, robią to lepiej ode mnie i mają w tym interes, którego ja nie mam.
Nie sprzedaję sprzętu, nie mam afiliacji, nie prowadzę sklepu i nie biorę płyt do recenzji. Jak coś polecam, to dlatego, że sam tego używam, a jak coś odradzam, to najczęściej dlatego, że sam się na tym przejechałem.
To, co tu jest, to praktyka: jak ustawić gramofon, który już masz, jak zadbać o płyty, które już kupiłeś, i jak nie dać się oszukać, kupując następne z drugiej ręki. Rzeczy techniczne rysuję sam, bo rysunek pokazuje zasadę uczciwiej niż zdjęcie i nie udaje dowodu, którym nie jest.
Nazwa? Rowek to jest to jedno miejsce, gdzie diament spotyka się z muzyką. Cała reszta — talerz, ramię, wkładka, kable, meble, pokój — istnieje tylko po to, żeby ten rowek dało się przeczytać jak najczyściej. O tym jest ten blog.
Jak chcesz o coś zapytać albo wytknąć mi błąd (zdarza się i dobrze), pisz na kontakt@rowek.pl.